Strona:PL Antologia poetów obcych.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A w tem rycerz przystąpił ku niemu,
Sam mu konia za cugle prowadzi,
Zmusza na nim nieść pomoc choremu,
Trzyma strzemię, na siodło go sadzi,
I sam pieszo zapuszcza się daléj...
Kapłan przebył bezpiecznie nurt fali,
Błogosławiąc rycerza po drodze.
I nazajutrz, o wschodzie jutrzenki,
Do bram zamku, z winnemi podzięki,
Odwiódł konia, trzymając za wodze.

Ale rycerz powitał go słowy:
— Strzeż mię Boże! bym kiedy dla siebie
Użył konia na boje lub łowy,
Co niósł Pana i Zbawcę na Niebie.
Gdy być twoją własnością nie może,
Niech zostanie przy waszym klasztorze,
Na pobożne zakonu posługi.
Bogu memu w ofierze go składam,
Bo od Niego, co tylko posiadam,
Dzierżę z łaski, nie z własnej zasługi. —

— Niechże Pan, który widzi w skrytości,
Dar twój tobie odpłaci w swej porze!
Niech cię wsławi i tu i w wieczności,