Strona:PL Antek (Prus).djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się — i gwałtem wyciągnięto sołtysa z za stołu. Kowal, nie mając odpowiedniego towarzystwa, musiał zaprzestać płókania, ale kupił niezbędną butelkę i powoli wracał z nią ku domowi.
Tymczasem do kuźni przyszedł chłop z koniem do okucia.
Ujrzawszy go, terminatorowie zawołali:
— Niema majstra, dziś robi z sołtysem płókanie!
— A z was to żaden nie potrafi szkapy okuć? — spytał markotnie gospodarz.
— Kto tam potrafi! — odparł najstarszy terminator.
— Ja wam okuję! — odezwał się nagle Antek.
Tonący chwyta się brzytwy, więc i chłop zgodził się na propozycję Antka, choć niewiele mu ufał, a jeszcze inni terminatorowie wyśmiewali go i wymyślali.
— Widzisz go, niedorostka! — mówił najstarszy. — Jak żyje, nie trzymał młota w garści, tylko dymał i węgli dokładał, a dziś porywa się na kucie koni!…
Widać jednak, że Antek miewał młot w garści, bo zawinąwszy się, w niedługim nawet czasie odkuł kilka gwoździ i podkowę. Wprawdzie podkowa była za wielka i niezbyt foremna, ale swoją drogą terminatorowie pootwierali gęby.
Właśnie, przyszedł na tę chwilę i majster. Opowiedziano mu, co się stało, pokazano podkowę i gwoździe.
Kowal obejrzał i aż przetarł krwią nabiegłe oczy.
— A ty gdzieś się tego nauczył, złodzieju? — zapytał Antka.
— A w kuźni — odparł chłopiec, zadowolony z komplementu. — Jak pan majster poszedł na płókanie, a oni rozbiegli się, to ja wykuwałem różne rzeczy z ołowiu, albo i żelaza.
Majster tak był zmieszany, że nawet zapomniał bić Antka za psucie materjałów i narzędzi. Aż poszedł na radę do