Strona:PL Antek (Prus).djvu/020

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zabrał się i wyszedł, a wdowa patrząc za nim, myślała:
— Jużci prawda. Jak świat światem, to ino pańskie dzieci chodziły do nauki. A gdzie zaś prosty człowiek mógłby na to wystarczyć!…
Zawołała znowu kuma Andrzeja na radę, i poczęli oboje egzaminować chłopca.
— Cóżeś się ty, wisusie, nauczył przez te dwa miesiące? — pytał go Andrzej. — Przecie matka wydali na cię czterdzieści groszy…
— Jeszcze jak! — wtrąciła wdowa.
— Com się tam miał nauczyć! — odparł chłopiec. — Kartofle skrobią się tak we szkole, jak i w domu, świniom tak samo daje się jeść. Tyle tylko, żem parę razy profesorowi buty wyczyścił. Ale za to porwali na mnie odzienie przy tych tam… rozgrzewkach…
— No, a z nauki toś nic nie połapał?
— Kto tam co połapie! — mówił Antek. — Jak nas uczy po chłopsku — to łże. Napisze se na tablicy jakiś znak i mówi, że to dom z izbą, sienią, z obrazami. Człowiek przecie ma oczy i widzi, że to nie jest dom. A jak nas uczy po szkolnemu, kat go zrozumie! Jest tam kilku starszych, co po szkolnemu pieśni śpiewają, ale młodszy to dobrze, jak się trochę kląć nauczy…
— Ino kiedy spróbuj gadać tak paskudnie, to ja ci dam! — wtrąciła matka.
— No, a do gospodarstwa nigdy, chłopaku, nie nabierzesz ochoty? — spytał Andrzej.
Antek pocałował go w rękę i rzekł:
— Poślijcie mnie już tam, gdzie uczą budować wiatraki.
Starzy, jak na komendę, wzruszyli ramionami.
Nieszczęsny wiatrak, po drugiej stronie Wisły mielący zboże, tak ugrzązł w duszy chłopca, że go już stamtąd żadna siła wydobyć nie mogła.
Po długiej naradzie postanowiono czekać. I czekano.