Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zdmuchnięte niknie lub wraca do masy ogólnego ognia, aby znowu kiedyś w jeden punkt zgromadzone inny knot zaświecać? Jakto? ogień miałby zawsze być jeden, a w ciele zaświeconem cała różnica? Nie, jest dusza, jest cel wszystkiego. Wielkość Stwórcy ręczy, słabe tylko pojęcie nasze przewidzieć nie może, lub mu przewidzieć nie wolno. Jakto? Ali Tebelen umiera, i chwila konania choćby najboleśniejsza, ma być całą, całą jego karą? mniejże cierpiały tysiączne ofiary, jego krwawym szponom oddane? Cnota kończy śmiercią lata najokropniejszych cierpień; zbrodnia, wiek rozkoszy, i na tem ma być koniec końców? Piętna hańby niezasłużonéj, larwy żelazne, gorejące stosy przesądów, jarzma cierniste murzynów, puszcze zaludnione bohaterami nowego Maratonu, łzy żalu, łzy rozpaczy, łzy męki — wszystko to miałoby być bez celu? jedną tylko sprężyną w odwiecznem kole? Nigdy, nigdy nie być policzonem? Jakto? w ogólnéj stworzenia harmonii, ten jeden rozstrój miałaby zostawić wielka, niepojęta, myślą nieścignięta Istność? Boże, ja Cię wielbię, wierzę w niemylność wyroków, nie zginę zupełnie. Ty pozwolisz duszy ojca czuwać nad dziećmi; u stopni Twoich ołtarzy duch ojca z ich niewinnem błaganiem łączyć będzie modły swoje. Tam za zakresem naszego wzroku i pojęcia, Ojczyzna nas wszystkich. Ja ujrzę jeszcze moją Maryę, ujrzę moje dzieci, kiedy już dozwolisz spocząć na téj ciernistéj drodze. O Boże! rozdarte, rozranione nogi moje w téj ciężkiéj podróży — głowa zgina się pod ciężarem, serce do ziemi jeszcze przylgnięte, ale dusza wznosi się