Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XIII.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Niegdyś, przed laty, kiedy do mojéj Doroty
Na Łyczaków chodziłem w przedślubne zaloty,
W niedzielę, po nieszporach moralni, acz sami,
Czytywaliśmy sobie sielanki wierszami....
Nieboszczka moja Dosia... niech spoczywa w niebie,
Tak płakała, bywało, jakby na pogrzebie...
Ja zaś acz tym poetom niekoniecznie wierzę,
Koniec końców sielanki pokochałem szczerze...
Owa wiejska swoboda... owa cicha praca,
Co na świeżem powietrzu dziennie się obraca,
Ten ludek pracowity, ten pleban życzliwy,
Te gaje, łąki, strugi i złociste niwy,
Słowiki i owieczki, a zwłaszcza pasterki,
Były jak cynamony, miętowe cukierki
Wszystko to teraz w dusznéj ratuszowéj sali
Jak jakiś dawny zapach zaleciał mnie w dali,
Tak, że do ostatniego sprzedawszy rodzynka
Do krajowéj tabuli wlazłem jak sardynka.

Mam wiec wioskę swobodną, ale kąsek twardy,
I jeszcze dodatkowéj nie brakło musztardy,
Lecz początek najgorszy, ja to wiem najlepiéj,
Bo nikt z niczego nawet burmistrza nie zlepi.
Mój pan Ekonom w radzie jak członek zasiada,
W radzie officyalistów... ha, to także rada.
Piszę zatem do niego (per Wielmożny Panie,
Bo diabli wiedzą, może prezesem zostanie)
„Pan Józef miewa konie, niech mi sprzeda parę,
„Nie piękne, ale zdrowe, nie młode, nie stare;
„Spuszczam się najzupełniéj na względy sąsiada,
„I co każe, bez targu zapłacić wypada.
„Proszę przytem do koni przyjąć krakowiaka,
„I do mnie na kozaczka jakiego chłopaka.“