Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XII.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Patrz na sieroctwo naszego plemienia
Męczeństwo Ojców i braci więzienia,
Te rany serca, te duszy boleści
W których się zdaje świat cały się mieści;
To próby Boga straszne pod któremi
Najsilniejszy pada....
Twój syn Ernest bezpieczny przed niemi!
I ten żal srogi nad dziecka utratą,
Co w drobnym czasie jednego westchnienia,
Jak niebo w gwiazdy, tak Matkę bogatą
W najnieszczęśliwszą żebraczkę przemienia;
Ten żal ogromny bez miary, bez końca,
Co jak ów błękit rozpięty nad słońca,
Który myśl naszą ku sobie zwróconą
Ciągnie w swoje łono
I coraz głębiéj, głębiéj topi w łonie
Aż ją nareszcie zupełnie pochłonie,
Ten żal, którego wszystkie wraz katusze
Ty Matko właśnie zgarnęłaś w swą duszę,
I pod któremi upadasz w téj porze
Twój Ernest doznać już nigdy nie może.
O Matko moja! Wszakże mnie jak z gniazda
Z puchu pieszczoty, z pod skrzydła opieki
Śmierć pochwyciła, wzięła w świat daleki
Świat gdzie mi wieczna zaświeciła gwiazda.
Uniosłem szatę niewinności świętéj
Bo w nią natura w kolebce opięła,
Uniosłem miłość w całości nietkniętéj
Bo z niéj nienawiść nic jeszcze nie wzięła,
Uniosłem z ziemi same tylko kwiaty,
Bo z rąk rodziców byłem w nie bogaty.