Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


stojny mężczyzna, szukając tam nieprzyjaciela znalazł najniebezpieczniejszego: „pokusę.“ — Wziął złoty zegarek. — Wkrótce przybył oficer, nadeszła pani domu, przyjechał pan Ksawery Krasicki; dostrzeżono stratę i upomniano się o nią. — Henrykowski przekonany, zmuszony oddać swoją zdobycz nie mógł znieść wstydu, chwycił za pistolet i strzelił sobie w piersi. — Żył jeszcze, kiedy go odwiedziłem, ale wkrótce skonał.
Jakże później żałowałem, że nie wsiadłem na jego luźnego konia, i że nie pojechałem z Wesołowskim... Ale nie byłbym był świadkiem tego, co się wkrótce działo we Lwowie. — Nie byłbym uchwycił uczucia, które stało się najmilszém, najdroższém mojém wspomnieniem.
Wróciwszy spiesznie do Lwowa, zafryzowałem, wypudrowałem głowę i poszedłem do wojewodziny Bełzkiéj. Otoczony, wypytywany, nie mogłem nastarczyć w powtarzaniu wszystkich szczegółów wypadku w Dubiecku. — Wtenczas z Olesia, wyrosłem na pana Aleksandra.
Nie chciałem czasu tracić i mój kochany Ojciec, Polak z duszą, ciałem, nie pojmując nic wyższego nad dobro Ojczyzny i zaszczyt jéj służenia, nie dał się prosić i opatrzywszy w pieniądze, wyprawił mnie z krzyżykiem na drogę do zbliżającego się wojska Polskiego.

KONIEC.