Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Dlatego Krzyżanowski miłym był gościem a szczególnie dla dzieci. — Na szarym końcu u stołu, nie był ostatnim do mowy i do kieliszka, nie urażał się jednak, kiedy w jego lampeczce mętniejsze było wino, niż przed Jegomością albo Księdzem Proboszczem. Kiedy Pan domu co opowiadał, Krzyżanowski oka z niego nie spuszczał, chwytał się za głowę z przestrachu, albo śmiał się do rozpuku. — Kochany Krzyżanosio! Osuchowski z nim na żaden sposób nie mógł konkurencyi wytrzymać — łgał dobrze jako myśliwy, ale i Krzyżanowski był myśliwy a łgał trzykroć lepiéj. Kiedy się odezwał: Razu jednego,... już wszystkie oczy były na niego zwrócone — wszystkie uszy natężone... I w saméj rzeczy, trzeba słyszeć takiego improwizującego łgarza, aby pojąć jaki wdzięk mają te długie i szerokie a co krok w epizody wyskakujące opowiadania. Słuchamy jak historyi z tysiąc i jednéj nocy w przekonaniu, że tam, albo nic prawdy nie ma, albo tak mało, że ledwie na tytuł wystarczy, a jednak słuchamy z wszelkim udziałem. To ciągłe wyjaśnianie najdrobniejszych szczegółów, poprawienie sumienne siebie samego w najlichszém zboczeniu, cytowanie miejsca, dnia, godziny, osób przytomnych z odwołaniem zawsze do świadectwa: Żywych przecie, — wszystko przeciąga rzecz całą niezaprzeczonym pokostem prawdy. — Dopiero gdy przyjdzie do samego jądra Dziwnego wypadku, i kiedy wszelkie prawdopodobieństwo ustaje, wtenczas gwar i śmiech. Każdy się śmieje jakby mówił: „Nie głupim abym uwierzył.“ I im mocniejszy śmiech, tém mocniéj objawia się to zadowolenie z swojéj własnéj przenikliwości. —