Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie narzekał na niedbalstwo i obojętność teraźniejszego dziedzica. „Lada dzień, mawiał, ta cala pyszna lipowa ulica zesunie się do Sanu, a tak łatwo byłoby temu zaradzić.“ W saméj rzeczy, w czasie, o którym mówię, brzeg Sanu był splotem obnażonych korzeni. Wisiały w powietrzu ogromne lipy; zdawało się, że lada wietrzyk, lada pchnięcie zwalić je potrafi, a jednak dzisiaj mija lat blisko pięćdziesiąt od mojéj pierwszéj przeprawy przez San — Ojciec spoczął w grobie, ja posiwiałem, a wisząca ulica jak szumiała tak szumi nad Sanem.
Jechaliśmy daléj. Nowy był to świat dla mnie — pierwszy raz byłem w górach. Im daléj tém więcéj ponurą stawała się okolica. W koło góry, a z poza gór znowu wyglądające góry, wszystko czarnym lasem pokryte. Step, morze, te jednostajne ogromy, objawiające potęgę, wielkość natury — te obrazy nieskończoności przejmują nas podziwieniem, uszanowaniem i korném zastanowieniem się nad sobą samym, nad nicością swoją. Ale widok rozległych borów łączy do tych uczuć jeszcze trwogę. To nam się zdaje, że wszelkie życie uszło z tych, wilgocią grobów tchnących cieni — to znowu jakiś ruch tajemniczy niby się tu i owdzie pojawia — to nareszcie z kolebki jeszcze wzięte i w dalsze życie niesione ze sobą powiastki o czarownicach i rozbójnikach stają przed oczy. Wszystkiego tego doznawałem poprawiając się dość niespokojnie raz w prawo, raz w lewo na nieco twardém siodełku. Górale z długiemi włosami, w ciemnych guńkach i dużych kapeluszach, występując zawsze nagle na ciasną widownią nie byli dla mnie nader przyjemnym wido-