Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pod Rymanowem 1szy pułk strzelców konnych Prebendowskiego, jeden z najtęższych, obskoczony przez przemagającą liczbę Kozaków, stracił połowę ludzi. Nieszczęsny to był wstęp kampanii.
I przy wielkiéj armii służba jazdy małemi oddziałami stawała się niemożliwą. Wszędzie hurma Kozaków. Dziesięciu na jednego. A cóż dopiero za Moskwą, gdzie pułki jazdy i po dwieście ludzi w szeregu ledwie liczyły, gdzie przy drodze źdbła paszy nie było, gdzie o milę w bok, a czasem i więcéj trzeba było wysełać, nie po siano, bo tego rzadko kto znalazł, ale po słomę i to nieraz ze strzechy zdartą. Szła trzecia część pułku za furażem; z téj trzeciéj części połowa tylko mogła go brać, bo druga połowa ucierała się z Kozakami. Częstokroć zatém oddział po furaż wysłany wracał z próżnemi rękoma o kilku ludzi mniejszy, a zawsze słabszy w koniach. Dodawano późniéj furażerom oddział piechoty.
Kawalerya francuska zawsze niepokojona, zawsze trafiająca na przeważające siły, musiała uwierzyć w nieprzebraną liczbę Kozaków tak, że na końcu w jednym dziesięciu widziała, że nazwisko Kozaki stało się wyobrażeniem nigdy niedosiągniętéj i z wszystkich stron niespodziewanie, jakby z ziemi wyrastającéj przemagającej siły. Dlatego z czasem Kozak stał się powszechném straszydłem. W pamiętnym odwrocie z Moskwy, Kozacy na lekkich koniach, nawykłych wraz z nimi do zimna i głodu, do śniegów i lodów, łatwą mieli sprawę z Francuzami rozłażącemi się swoim zwyczajem na wszystkie strony właśnie wtenczas, kiedy skoncentrowane tylko siły mogły odpierać większe niepokojenie, niż nacisk