Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czały w dzieciństwie? Osoby, co nic po sobie nie zostawiły prócz mego wspomnienia, jak kwiaty rozwinięte na wiosnę, a rozwiane bez śladu wiatrem jesiennym! Po co?... Na co?... Dla kogo? — Zacząłem pisać myśląc, że się kiedyś zejdziemy, że wam czytać będę to, co dobrze wiecie, tak jak to zwykło się mówić: Pamiętasz?... A dawno znajomy dobrze pamięta, jednak słucha chętnie jakie wspomnienie z lat młodych, z lat dalekich, słucha jakby własnego serca.
Kiedy teraz wstąpię do téj oficyny, gdzie Rodzice mieszkali, gdzie teraz z bawialnego pokoju śpiżarnia, ze sypialnego kuchnia — kiedy ujrzę gdzie jaki koniuszek arabesku, co się pod późniejszém obiciem przechował — kiedy spojrzę na ów piec, niegdyś w złocone rzeźby, dziś gliną polepiony, serce mi się ściska. Obok obrazu przeszłości widzę razem jéj oddalenie... Czas ubiegły objawia mi się zniszczeniem. Szczęśliwy kto zamieszka komnaty, co pierwszym jego były światem, gdzie te same obicia, malowidła, sprzęty, a nadewszystko ciemne zakątki, co to się tak silnie wyciskają w umyśle dziecinnym. Gdzie jedném słowem wszystko zatrzymało jeszcze jakby dotknięcie kochanych Rodziców, jakby cząstkę ich drogiego życia. Wtenczas zdaje nam się, że wszystko nie dawno. Niema szorstkiego przedziału między tém co było, a tém co jest. Gdybym do Was mówił bracia moi, nie potrzebowałbym objaśniać każdego szczegółu. Jeżelibym wspomniał gabinet, stanąłby Wam zaraz przed oczy pokoik niebieski, zajęty prawie w połowie dwoma sofami w białe i karmazynowe atłasowe pasy — bióreczko wysadzane naszéj matki. Na jednéj ścianie w mahoniowych ramach