Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/080

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


przejął — martwym wydałem się sam sobie. A w tém... coś się ruszyło — wszystko i nic... Nic, bo tam prócz umarłego nikogo nie było — wszystko, bo nigdzie jednego stałego punktu oko moje znaleźć nie mogło. Nawet ściany nagie przebiegało coś, co ni cień, ni światło. Co się ze mną daléj stało nie pamiętam. Musiałem fajkę zapalić, bo palę... i dmuchnął aż cały nabój tysiącami iskier wyleciał w górę i spadł potém na grzywę. Jak wyszedłem, nie wiem... jak się znalazłem na kulbace, nie wiem, — jak tu przyjechałem, nie wiem. Twój głos mnie obudził. Powiedz mi, czy nie zwaryowałem, bo jużci trupa się nie boję. — I znowu zaczął opowiadać od początku do końca, a gdyśmy się spać pokładli, jeszcze raz powtórzył: To światełko ciągle świeci mi w oczach. Śmieję się sam z siebie, ale światełko świeci przecie.
Kiedy byłem poetą, a byłem nim niegdyś, bo pamiętam jeszcze gwiazdy, co mi wtenczas świeciły, głosy co mi śpiewały, mgły co swoją wonną gazą łączyły niebo z ziemią, w których pomroku oko gubiło się tak chętnie. Tak jest, pamiętam, byłem poetą, wtenczas więc, kiedy myśl obfita przelewać się zdawała, jak woda przez krawędzie przepełnionéj czary, obstawiałem się zwykle krzesłami, ażebym chcąc wstać od stolika trącił się o nie i był zmuszony usiąść znowu nad papierem przed kałamarzem. Inaczéj zrywałem się jak osą ucięty, chodziłem wzdłuż i wszerz pokoju, prędko, coraz prędzéj... a myśl ze mną, przedemną, prędko, coraz prędzéj, aż nakoniec zadychany usiąść musiałem, aż nareszcie myśl zapędzona gdzieś w manowce, jary, szczyty, nie wiedziała jak trafić do swojego gniazda i czarną łzą