Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/072

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


terę na piecu piekarskim, które to piece w Francyi opodal od domu przykryte bywają płaskim daszkiem, jak u nas piwnice. Zasnął smacznie, a w tém... trzask! prask! gąty się łamią, krokiew pęka i piechór na kark mu spada. Excusez! Dach rozbierają. Ledwie wyszedł cały, a my musieliśmy pospieszyć, aby resztę rzeczy wyratować z téj zburzonéj Troi.
W téj wsi Perthe usłyszałem miejscową anegdotkę, którą pozwolę sobie Państwu powtórzyć. Żył tam przed laty Pleban, który tylko wierszami mówił. Razu jednego między nim a Biskupem taka nastąpiła rozmowa:
— Vous êtes le Curé de Perthe?
— Certes.
— Le fameux rimeur?
— Oui Monseigneur.
— Descendez de cheval.
— Vous dites mal.
— Comment?
— C’est une jument.
...I mruga! piękna to piosneczka, nie długa.
Przykre bywały te utarczki z rzeszą obozową dla oficerów sztabowych, którzy zmęczeni zawsze jak psy gończe, co dzień cały po trzcinach starego lisa goniły, potrzebowali tak dla siebie, jak i dla koni kilka godzin odpoczynku — odpoczynku, którego każdy inny w jakim takim, ale niekontestowanym biwaku mniéj więcéj używał. Biwakować zaś także trudno nam było. Jeżeli to czasem się trafiło, leżeliśmy na kwiecistym kobiercu ziemi pod gwieździstym namiotem Nieba. Bo nie było komu spiąć jaką taką barakę, przynieść drzewa, słomy, wody.