Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/024

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


menuet wojsk wszystkich narodów od Portugalczyka do Czerkiesa, od Neapolitańczyka do Lapończyka po całéj pięknéj Saksonii, nie mógł ich ani bawić ani uszczęśliwiać. Byliśmy w kraju arcynieprzyjacielskim, o tém trzeba było zawsze pamiętać i o tém nie zapomnieliśmy teraz stając frontem ku drzwiom, za któremi coraz liczniejsze, coraz burzliwsze i coraz bliższe wznosiły się głosy. Niepewność często nieznośniejsza od złego. Otwieram więc drzwi i obraz godny pędzla Hogarta widzę przed sobą. Kilkanaście osób różnego wieku i różnéj płci w nocnym stroju, czyli raczéj rozstroju, w szlafmicach, pantoflach (szlafroków nie było), świeca w rękach, a gdzieniegdzie i kij, blade i drzące z gniewu i trwogi wlepiało we mnie wytrzeszczone oczy. Nie tracę czasu... korzystam z pomięszania i jak Bonaparte ośmnastego Brumaire do Rady pięciuset, wstępuję do sieni. A żółty krawiec stojący na przodzie mógł był zawołać jak Arena: Ici des sabres! Wstępuję do sieni i odzywam się grzmiącym wprawdzie głosem, ale mało co lepszą niemiecczyzną jak przed chwilą mój Onufry: „Idą do komendanta placu oznajmić, że w tym domu napadnięto kwaterę oficerów sztabu cesarskiego.“ Rzekłem, spuściłem pałasz po ostrogach.. szeregi się rozstąpiły... a ja z brzękiem i szczękiem tryumfalnie zszedłem ze wschodów... W saméj rzeczy chciałem uprzedzić komendanta... nie zastałem go... czekałem... chodziłem sam nie wiedząc co robić... nareszcie po godzinie czasu wróciłem do domu, — wszystko było cicho. Nazajutrz postawiono nam kawę. Nie spieszyliśmy się do niéj. Spojrzeliśmy po sobie. Jeden zagwizdał, drugi za-