Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom XI.djvu/017

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


a jeżeli on zadziwi cię świetnym czynem, oddaj mu twój wieniec, bo go dwojako zasłużył. Jeżeli zaś dobrowolnie poświęcił się dla dobra ogólnego, uklęknij na jego mogile, godzien czołobitności. — Tak widzieliśmy saperów francuskich wstępujących w przełamane lody Berezyny. Oni naprawiając załamane mosty, życie swoje za pomost kładli... dobrze o tém wiedzieli, a jednak nie cofnęli kroku. Nie mieli do wzniesienia swojéj odwagi nawet oporu nieprzyjaciela... nie mieli na oku progów ojczystych, zkądby pożegnanie towarzyszyło ich męczeństwu. Poginęli w śniegach litewskich lub więzieniach wileńskich. Niewdzięczna ojczyzna nie podała nawet ich imion potomności. Jeden z nich tylko wrócił do Francyi i na własnéj grzędzie pędził w niedostatku dnie starości i cierpienia. Napoleona już nie było.
Wszystko musi się skończyć, mawiał Ludwik XV., bodaj mu Bóg tego nie pamiętał, — skończyła się więc i bitwa pod Montereau. Jeszcze na dobranoc dwie kule wirtemberskie przeleciały gdzieś wysoko ponad nasze głowy i jak słomki na wiosnę zapadły w grabowe szpalery. Wszystkie te kule puszczone à toute volée są zawsze pod adresem ciurów i bywały dla naszych jeszcze cięższą Boską plagą niż sam Marszałek Lefèvre. Jeżeli gdzie w ciasném miejscu lub na wązkim mostku przechód został zatamowany a Lefèvre nadjechał, — kropił bez litości ogromną trzciną z ogromnego skarogniadego hiszpańskiego ogiera les vilains brosseurs i kantynierki, którym także właściwych nazwisk nie szczędził. Znały go téż ciury, znała niewieścia konnica. Na jego pierwsze sacrrr... rozwijała się jakby z kłąbka