Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom X.djvu/298

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niby Mandaryn, strzelby i podatki,
I koniec końców taki wir zaszumiał,
Że się sam siebie nikt już nie rozumiał.
Ale Odyniec mniej w nerwach drażliwy
Tak się odzywa najeżywszy grzywy:
„Cicho Człowieku! cicho bo cię płatnę;
Prawo polowań płatne czy nie płatne
Jest zawsze prawem do skóry zwierzęcej,
My go już znosić nie będziemy więcej,
I każde teraz wasze polowanie
Wojną i wojną okropną się stanie.“
Nareszcie w końcu krzyknął nieroztropnie
Parlamentarskie przekraczając stopnie:
„Rozumiesz Ośle!“ Tym głośnym wyrazem
Osioł zbudzony i zwiedziony razem
Że z jego nazwą i jego posada
Mandarynowi w dziedzictwo przypada,
Wierzgnął i kopnął człowieczego posła;
Kot chciwy steru wyskoczył na Osła,
A wilk nie wchodząc w dalsze interesa,
Wilk już na piękne wziął się do prezesa.
Wtem Byk, co dawno pogrzebywał nogą,
Co dawno ryczał głucho ale srogo,
Rozprawą znudzon, znudzon głupstwem całem,
Nareszcie walki pochwycony szałem,
Rogi swe nagle na walczących zwrócił
I wszystkich pięciu w powietrze wyrzucił.
Saltum mortale pamiętne na wieki,
Osioł bez oka, Wilk runął bez szczeki,
Baran bez uda nie wiem czy nie kona
Kot padł na nogi, ale bez ogona,
Mandaryn w bagno wleciał aż po uszy;