Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VIII.djvu/059

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Narcyz.

Nie przeczę.

Marek.

Zatém proszę o nie.

Narcyz.

Ale... jakoś... coś... hm?

Marek.

Co?

Narcyz.

Aktuaryuszowi
Należy się sikorka.

Marek.

Niech ją sobie złowi,
Ja nie dam, Maciej także nie chce słyszeć o tém.

Narcyz.

Ależ cokolwiek.

Marek.

Za co? żeś Pan stał za płotem,
Kiedyśmy się z hultajem tarzali po ziemi?
Tam to było się dzielić guzami naszemi.
To jeszcze łaska Boska, żem go napadł we śnie,
I tak nie raz nas potém obdarzył boleśnie:
W Macieju, aż bulknęło jak go urznął w krzyże,
Daj Boże, za dwie niedziel jeśli się wyliże.
A mnie nogą z nienacka taką dał kolędę,
Żem się wypiął we dwoje... za tydzień nie siędę.
Ho ho ho! znają Hryńka cztery mil do koła,
Jemu na gładkiéj drodze trudno stawić czoła,
Ale co tam rozmawiać... czas się darmo traci,
Jutro nam Pan Pułkownik, co przyrzekł, zapłaci.