Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
Jenialkiewicz.

Janie, Janie... ja cię nie poznaję!

Dolski.

A ja, a ja, czyż się poznaję!.. Potém Pan Antoni, ten dobry kochany Antoni, nie przyszedłże dusić mnie swoim sznurem i mordować surowym ogórkiem?! — A na koniec Panna Matylda i Panna Aniela spadają jak z nieba właśnie kiedy moja broda... A słuchajcie moi Państwo... tego za wiele! Człowiek śpiewa, śpiewa jak może, ale przez to nie mleko płynie w jego żyłach... i musi nareszcie stracić cierpliwość do stu djabłów!.. Ha? Powiedziałem? — A więc dobrze... tak do sto tysięcy fur beczek batalionów djabłów!.. i... i... niech cię piorun trzaśnie!.. O tak, teraz mi lżéj... ochłodziło mnie, nie ma co mówić.

Jenialkiewicz.

Bywaj zdrów Panie Dolski.

Dolski.

Co? Jak?

Jenialkiewicz.

Do nóg upadam.

Dolski.

Dobrze, jeszcze tego brakowało — gniewasz się.

Jenialkiewicz.

Nie, nie.

Dolski.

Ale cóż zrobiłem?

Jenialkiewicz.

Jeszcze się pyta? Jakto? Zadaję sobie niezmierzoną pracę, piętrzę budowę, arcydzieło dyplomacyi, a ty wszystko niszczysz do razu.