Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom VII.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
P. Antoni.

Bagatela, proszę siedzieć. Ze mną ceremonije... No bądź zdrów mój Jasiu... (wracając od drzwi) A propos! Wyśmienity ten Jenialkiewicz ze swojemi wiecznemi tajemnicami. Zbiera głosy dla bezimiennego, jak gdyby trudno było zgadnąć, że tym bezimiennym jest jego bratanek. Spotkawszy raz Leona żartowałem z tego nowego sposobu... zdawał się nie rozumieć, ale ja krótko skończyłem dając mu zapewnienie, że za nim głosować będę. Jesteś z nim dobrze, powiedzże mu, że co ja przyrzeknę, to pewnie dotrzymam. Bagatela, proszę siedzieć. Bywaj zdrów!

(Odchodzi.)





SCENA VII.
Dolski (sam).

Dobrze! wybornie! podkopują mnie z wszystkich stron a ja ruszyć się nie mogę... Marcinie! zamknij drzwi... jak kogo wpuścisz to cię zabiję... (łagodnie) zabiję mój kochany. (Zamyka drzwi od przedpokoju, zdejmuje fular ze szyi — otwiera toaletę i mydło rozrabia.) Tylko spokojnie, Dolski... nic jeszcze nie stracone... pojadę... wyjaśnię... (mydląc brodę) Zdaje mi się, że Jenialkiewicz przesadził tajemnicą... Leon korzysta... ja muszę milczeć... Ale (zrywa się i patrzy na zegar) Panna Aniela... może jeszcze nie przybyła... (chodząc) Odmówiła różę w ogrodzie... ale przy obiedzie znowu była tak uprzejmą.... (Chodzi coraz prędzéj i przez roztargnienie coraz prędzéj naciera brodę.) O droga!.. o miła!.. Matyldzie dam do zrozumienia... że natarczywość... nieprzyzwoita... a Pannie Anieli