Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom V.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


(po krótkiém milczeniu)

Floro — chodźno tu bliżej — jednę myśl ci zwierzę.....
Tylko się nie martw bardzo — trzeba mieć moc duszy —
Biedna Floro... (na stronie) Ach, gromem uderzę ją w uszy.

Flora.

Czegoż chcesz? nie rozumiem.

Małgorzata.

Zrozumiesz zawcześnie
Ale bądź przekonana, że mi to boleśnie,
Że to bez mojej winy... — Lecz takto się dzieje:
Kto ma szczęście, ma wszystko — zbiera gdzie nie sieje.

Flora.

I cóż?

Małgorzata.

Boże uchowaj, ażebym zuchwała
Swojej jakiej zasłudze przypisywać miała —
Ja wiem, i w szczerej ducha wyznaję pokorze,
Iż ładniejsza odemnie przytrafić się może;
Że ów wdzięk, lubość, zachwyt, co w mojej osobie
Widzą mężczyzni — winnam Bogu, a nie sobie.

Flora.

Nie rozumiem.

Małgorzata.

Ach Floro, wierz mi, że niechcący...
Lecz jest czasem w której z nas — uśmiech czarujący,
Zawrót oka łechtliwy — ruch ciała uroczy —
Jest wdzięk — i jest jakieś coś, co zamydla oczy,
Co mimo naszej wiedzy działa zawsze mile,
I jest w nas jakby wędką na męskie motyle.