Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom V.djvu/045

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Małgorzata (z kokieteryą).

Jakiś ciekawy!
Gdzieś, koło ucha, jakoś tędy...

Zdzisław (do siebie)

Bez obawy,
Bez najmniejszej obawy... (stając) Lecz gdzież się to stało?

Flora.

Tu, tu, właśnie w tém miejscu; lecz jak długo trwało,
Tego nie wiem, bom zaraz drzwi prędko przymknęła.

Małgorzata.

Ach, raz tylko, zawierz mi.

Zdzisław.

Otóż koniec dzieła.

Flora.

Dlaczegoż koniec?

Zdzisław (ironicznie).

Czegoż więcej życzysz sobie?
Cóż teraz wolnej będzie przeszkadzać osobie,
Kiedy już tak ogłasza swoje przedsiewzięcie
Pójść przed ołtarz, a ztamtąd w kochanka objęcie?

Małgorzata.

Nie, nie będzie przeszkadzać — to już rzecz skończona —
Tak, tak, niema przeszkody — a miłość szalona —
Szalona, ja wam mówię — ja sama truchleję.

Flora.

A ja wcale nie — wszelką mam jeszcze nadzieję.

Małgorzata.

To znowu co innego — ja mam pewność wszelką.

Zdzisław (chodząc i bijąc się w czoło).

Ha! trzeba być ślepotą uderzonym wielką,