Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


po lewéj stronie będącej, a potem przechodząc przez scenę, mówi do siebie pół głosem:) Tak, tak... złapał Kozak Tatarzyna!

(Wchodzi do pokoju Antonji. Wszyscy zostają w milczeniu ze spuszczonemi oczyma, potém Warski wprowadza Antonją, wskazuje jéj krzesło na prawéj stronie przy stoliczku, kładzie na stole plik papierów, zaprasza gestem Dormunda aby usiadł na prawém a Elwin na lewém krześle — sam zasiada na kanapie, — wszystko z miną solenną.)
Warski (p. k. m.).

Grzecznie mówiąc, nie potrzebuję Wielmożnemu Wać Państwu Dobrodziejstwu powiadać, w jakim celu się zgromadzamy. Zdarzenie w rodzinném mojém kole dotknęło mnie boleśnie. Antonjo, córko moja... zbłądziłaś... Uległaś zapewne wpływowi animalnemu... fatalnemu, chciałem powiedzieć — złych książek. Dlaczegóż nie wzięłaś sobie za wzór naszéj kuzynki? (Dormund i Elwin niespokojni.) Dlaczegóż nie starasz się naśladować jéj skromności, przyzwoitości i wszystkich cnót, które są jej ozdobą. (Antonja słuchając zmięła rycinę, którą trzymała w ręce.) Jako dobry ojciec, przebaczam. Życzę sobie bowiem utrzymać sympatyą... chciałem powiedzieć... Nie, tym razem dobrze powiedziałem... sympatyą... sympatyą, która nas łączyć powinna. Teraz pozwól Wielmożny Wać Pan Dobrodziej odezwać się do ciebie, szanowny Panie Dormundzie, doktorze praw i adwokacie krajowy — i zapytać się oficyalnie: Jako opiekun i ojciec Antonji z Józefy Giczałkowskiej spłodzonéj córki, w jakim zamiarze tu przychodzisz?

(Obciera czoło z potu.)