Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/088

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Elwin.

Słuchaj! Kiedy dawałem jéj do zrozumienia, że twoje serce jest nią zajęte... kłamałem... bo wiem, jaką opinją masz o kobietach. Chciałem ją tylko odsunąć od Warskiego, a potem coby się z nią stało, nie dbałem.

Dormund.

Szlachetnie!

Elwin.

Taki z razu był mój zamiar, nim ją poznałem... ale poznawszy, nie miałem już serca zwodzić ją. Bo ona kocha cię Dormundzie, kocha tak, jak tylko piękna dusza kochać zdolna.

Dormund (z udaną ironją).

Powiedziała ci to?

Elwin.

Nie, nie powiedziała — ale kiedy o tobie mówiła, to tylko twojém szczęściem była zajęta... Wszakże ona nie ma najmniejszéj nadziei i po twojéj ironicznéj rozmowie już jéj mieć nie może. — Ona chce odjechać i tylko względy dla Warskiego mogą ją zatrzymywać. Jeżeli udawała przedemną spokojność a nawet wesołość, to ze łzami, co się kroplisto i bez wiedzy z jéj oczu wyciskały powoli. — Tego udawać nie można.

Dormund.

Ale cóż ona, powtarzam, co wam pomódz może?

Elwin.

Nie będziemy potrzebowali jéj się wystrzegać. Użyje swojego wpływu na Warskiego.