Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IX.djvu/086

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Elwin.

Nic się jeszcze złego nie stało.

Dormund.

I nie stanie — Nie ożenię się z nią... i ona tego nie myśli... Ale jak zacznie dowcipkować, brykać, wierżgać, pomiarkują nareszcie koniec końców o co idzie. — I cóż z tego wyniknie? Otworzymy gęby jak dwie bramy i będziemy cofać się ku drzwiom drobnym krokiem jak studenty, którym trzecią klasę wysmarowano.

Elwin.

Ależ ja Antonią uspokoję.

Dormund.

O!.. ja zawsze powiadam: Z kobietą jak z ogniem... gorzéj jak z ogniem... Kobieta, to koło szalone!.. tylko je zaczep, choćby tylko małym koniuszkiem paznokcia... Oho!.. jużeś wyleciał dziesięć łokci w górę i z dziesięć łokci w dół, nim się jeszcze postrzeżesz że kozła wywracasz!

Elwin.

Kochany Dormundzie, uspokój się... wysłuchaj spokojnie.

Dormund.

Dobrze mi tak, dobrze! Zaufałem kobiecie — zaufałem trzpiotowi. Nauka w las nie pójdzie. Cieszę się z niéj... Cieszę nawet zajściem z tym Wielmożnym Wać Pan Dobrodziejem. Będę się strzelał, dwa razy, — trzy razy, — cztery razy — bardzo się cieszę!