Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/252

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szambelan.

Klatka, moja córko.

Helena.

Byłabym nie zgadła.

Szambelan.

Tak będzie cztery kijki jak słupki — rozumiesz? A tu dwa, rozumiesz? A tu pręciki — rozumiesz?

Helena.

Teraz rozumiem.

Szambelan.

To dla tych kanarków, co to jeden z czubkiem, drugi z ciemną łatką. — Wiesz?

Helena.

Wiem.

Szambelan.

Co teraz wiszą nad mojém łóżkiem.

Helena.

To będzie bardzo ładnie.

Szambelan (zawsze strużąc i przymierzając).

Zobaczysz jak skończę.

Helena (po krótkiém milczeniu)

Pan Janusz nie potrafiłby tego.

Szambelan.

Wierzę.

Helena.

Nie cierpi ptaszków.

Szambelan.

Gbur.

Helena.

On nawet nie rozpozna gila od szczygła.

Szambelan.

Cymbał.

Helena.

Prawda, kochany ojcze, że ja nie pójdę za niego?