Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

niestety, zawcześnie utonął... słyszałeś Waćpan kiedy o tym okropnym przypadku?

Janusz. (patrząc w okno).

Słyszałem, słyszałem już dwa razy, trzy razy słyszałem...

Szambelanowa.

Ale pewnie nie ze wszystkiemi szczegółami. Roku 1807 nocowaliśmy w karczmie nad samym brzegiem Wisły, gdyż kry idące przewozu na żaden sposób nie dozwalały. — Wtém, koło północy — hałas — łoskot, szum nadzwyczajny budzi nas i trwoży. — Woda! woda! krzyczą... Zrywamy się... woda już w sieni — noc najciemniejsza. — Służąca porywa kołyskę z naszym synkiem. — Wybiega — krzyczy. — Pierwszy mój mąż ś. p. Jenerał-Major Tuz który komenderował francuzką brygadą, złożoną du douxiéme et quinzième de chasseurs cheval, biegnie, morbleu! zkąd krzyk. — Ja mdleję! — Przyszłam do siebie na bliskiém wzgórzu, dzień już był — karczmy ani znaku — zaparte kry...

Janusz.

Weszli do altany.





SCENA V.
Pan Jowialski, pani Jowialska, Janusz, Szambelan.
Janusz (do Jowialskiego).

Weszli do altany, Mości Dobrodzieju! Zmiłuj się, pozwól, niech się to wszystko już skończy — dłużéj wytrzymać nie mogę.