Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom IV.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
P. Jowialski.

Sen mara, Bóg wiara, Najjaśniejszy Panie.

Ludmir.

Ale bo nie jestem żadny pan, proszę ta suplikuję Jegomościów i Jejmościanek. A ja jestem Ignac Kurek, szwiec. A byłem sy we Lwowie w terminie, u majstra... ba, nie u majstra bo pomarł, tylko taki terminowałem u majstrowy na Horoszczyznie, pod numerem sto jeden i trzy, kole szynku pana Mikołaja. (do starej Jowialskiej) Jejmościunia znają?

P. Jowialska (przestraszona).

Co? co? (przechodząc do męża) Panie Jowialski...

P. Jowialski.

Cichoże!

Janusz.

Wszystko to sen Najjaśniejszy Panie. —

Ludmir.

A teraz szedłem na wędrówkę, w dalekie drogie, na Węgry. — A mój pas w tłómoczek em sy schował, jak się patrzy — i jak sy teraz przypominam byłem gdzieś, hej w ogrodzie, w gienstwinie położyłem mój tłómoczek. (do Szambelanowej) Jejmościunia nie widzieli?

Szambelanowa.

Nie widziałam — Rien du tout.

P. Jowialski.

Najjaśniejszy Panie, pozwól abym powiedział bajkę.

Ludmir.

Powiedźcie mi lepiej prawdę jak bajkę, mój stary Jegomościuniu, bo ja nie wiem co się ze mną dzieje. A mnie się wszystko widzi, że ja zwaryował, i że (oglądając się) jestem u Pijarów na górze, w szpitalu waryatów.