Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Marek.

I choć jak ptak lecę,
By zawsze wpaść znienacka, wszystko nic nie znaczy,
Bo zawsze zły duch jakiś usłyszy, zobaczy;
A jeżeli zajadę skrycie do sąsiada,
Ktoś, gdzieś, jakoś, przed żoną zawsze się wygada.
Raz byłem i śmierć własną ogłosił listami,
Alem w łeb dostał guza słuchając pod drzwiami:
Drzwi pękły, pies zaszczekał, żona nie czytała
I tak spełzła do razu tajemnica cała.
Teraz za tym powrotem konceptu nie stało,
Jakby zręcznie wyśledzić co się w domu działo,
Aż mnie ów godny człowiek swoją radą wspiera:
Daje swój własny pasport w swój mundur ubiera,
I ze mnie Marka Zięby, kupca....

Kasper.

Takie licho!
(śmieje się)

Marek.

Kasprze, kiedy pan gada, należy być cicho. —
Jadę, wjeżdżam do miasta, u rogatki staję,
Jako Jan Rembosz, były rotmistrz, podpis daję,
Jan Rembosz pisze strażnik co mnie zna oddawna.

Kasper.

Ten, ten z nosem na bakier?... (śmiejąc się)

Marek.

I co rzecz zabawna,
Żołnierz przede mną: traf! traf!

Kasper (śmieje się).

Jak przed jenerałem.