Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Doręba.

Uciekli, powiedz, uciekli, jak długouszne zające, wstydźcie się.

Błażej.

Ja pewnie mam chęć i odwagę, ale trudno płynąć przeciw wody; sam cóż zrobić mogę? złe swoje położenie pogorszyć, więcéj nic. — Ale radź Waszmość, znaleź jaki sposób; rozkaż co mam czynić, a do wszystkiego znajdziesz mnie ochoczym.

Makary.

Póki żony nie zasłyszę.

Doręba.

Wszyscyście w ten moment to przyrzekli...

Makary.

I uciekli.

Błażej.

Ja wróciłem i nie odstąpię, proszę mi wierzyć.

Doręba.

Więc dobrze, jeszcze wszystko niestracone, możemy jeszcze szczęścia próbować. Mam w odwodzie jeden sposób, może nam się uda — ale ręka rękę myje — ja wam, wy mnie pomożecie. Kocham Kasię i mieć ją muszą. Rozumiecie?

Błażej.

We wszystkiém pomagać będę.

Doręba.

Ja w tym domu dłużéj zatrzymać się nie mogę — gdzie tchórz tam i zdrajca — wydany, schwytany, uwięziony i sobie i wam nie pomogę. Wyjść zaś