Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bobiné (pokazując i w górę trzymając pulares).

Ha! śmiałeś się ze mnie,
Dostałam go, wyrwałam, wydobyłam zdradą,
Patrzcie — takieto, takie dowody się kładą!
Patrzcie wszyscy — oto jest (otwierając) co widzę! o nieba!
Portret Zofii!

Czesław (odbierając).

Więcej też nam nie potrzeba.

Bobiné (do Zdzisława).

Jakto! ty śmiesz ją kochać?

Zdzisław (tu Smakosz wchodzi i staje nagle).

Nieszczęsna godzina!

Zofia.

Zdzisławie, mogęż wierzyć?

Zdzisław.

Tak, to moja wina.
Lecz choć ciągle trawiony namiętnym pożarem,
Szczęście twoje jedynie było mym zamiarem,
I gdy sam je zapewnić nie mogłem mieć prawa,
Usiłowałem w ręce powierzyć Czesława.
Listy, dla czegom pisał, w nich dowód zostaje;

(zrywając z szyi z mocném rozczuleniem czarną wstążkę)

Wstążkę miała od ciebie — wziąłem... i... oddaję,
Była ona wprzód twoją, nim moją żałobą;
Na nią padła łza twoja, gdym się żegnał z tobą.
Dziś biorąc te złączone dwa razem portrety,
Brać tylko dar litości mniemałem, niestety!
Przebaczcie i żałujcie.