Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zofia.

Cóż Smakosz? (na stronie) Jakże jej głos piskliwy, nieznośny!

Bobiné.

Posunęłam zegarki i ztąd jego trwoga;
Lecz mówmy o Zdzisławie.

Czesław (na stronie).

Szaleje nieboga!

Bobiné.

Odkryłam wam już szczérze położenie moje,
Widzicie, że choć w szczęściu, jeszcze drżąca stoję;
Lękam się nawet jego miłości bez miary,
Która wzajemnym czuciom nie umie dać wiary,
Która jeszcze natenczas poświęcenia marzy,
Kiedy wszystko poprostu, najlepiej się darzy.

Zofia (na stronie).

Poprostu, co za wyraz.

Czesław (na stronie).

Nie, to być nie może.

Bobiné.

Jednak z waszą pomocą kres troskom położę;
Do twojej, luba Zosiu, mam niemylne prawa,
Równe pan dajesz, jako przyjaciel Zdzisława;
Chciejcie zatem objaśnić, zapewnić, wybadać:
Niech się żeni, ja czekam, nacóż to odkładać?

(odchodzi)