Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/060

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zdzisław (do siebie).

Codzień płacze.

Krupkowski.

Jak czasem wnijdę niespodzianie
I zastanę ją samę, ledwie okiem rzuci,
Zaraz, niby tam po coś, prędko się odwróci
I albo w okno patrzy, albo czegoś szuka,
A to, bym łez nie widział, ale stara sztuka!
Znam ją przecie od dziecka: jeśli nie oczyma,
To i po glosie poznam, że tam śmiechu niema;
Albo nieraz... (śmieje się) mój Boże, odpuść grzechy moje!
Staje, gdzie? przed zwierciadłem, a ja za nią stoję.
Milczałem dotąd ściśle, nie pisnąłem słowa,
Lecz gdy płacze....

Zofia (która weszła przed ostatnim wierszem).

Kto płacze? o kimże tu mowa?

(po krótkiém milczeniu)

Nie wiedziałam, że wszystko Krupkowski uważa,
A mniej jeszcze, że wszystko co widzi, powtarza.

(Krupkowski odchodzi naciągając perukę)





SCENA X.
Zofia, Zdzisław.
Zofia.

Prawdę mówiąc, mam dosyć do płaczu przyczyny;
Winną jestem, a odkryć nie mogę tej winy,
Przez którą mych przyjaciół oddalam od siebie.

Zdzisław.

Czy do mnie to zmierza?

Zofia.

Tak, Zdzisławie, do ciebie.