Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom III.djvu/029

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ten Baron Antenacki, hardy z swego rodu,
Co na szesnastym herbie może umrzeć z głodu,
Baron, co z ojca, dziada, sługa obcych dworów,
Powiększył w Polsce liczbę głupiośmiesznych wzorów;
Na spróchniałym już pniaku, głowa jeszcze w kwiecie,
O miłosnéj nadziei, jak w malignie plecie.
Między nimi Zofia nie zrobi wyboru,
Czemuż nie ma usunąć nawet i pozoru?
Chluby dla niéj nie widzę, choć stu równych będzie,
A i innym nie miło stawać w takim rzędzie.

Zdzisław.

Zapewne ją to bawi.

Czesław.

Tak, pochlebstwem bawi.

Zdzisław.

W saméj rzeczy, jest pozór i w złém świetle stawi,
Lecz znam ją dobrze: ona zapomnieć się sili,
Że swój los ma rozstrzygnąć w téj stanowczéj chwili;
Chce gwałtem myśli tłumić, co ją niepokoją,
Dla tego nie jest taką, jaką będzie twoją.

Czesław.

I jeśli zważać fraszki, coto nic nie znaczą,
A jednak kochającym tak wiele tłómaczą,
Każdy z nich dwakroć więcej odbiera nademnie.
Wyjść ze zwykłej rozmowy trudzę się daremnie,
I zgadnij, czém najwięcej mogę ją zabawić?
Godzinę słucha, byle o wojnie jéj prawić
I nie dosyć że słucha, pyta się ciekawie,
Muszę sto razy mówić o każdéj wyprawie,
Gdzieś był ze mną, gdzieś nie był, gdzieśmy ranni byli,
Ledwie nie cośmy w każdym biwaku mówili.