Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Na wierzchu sroka w klatce, słychać ją zdaleka...
Da poznasz i po pieskach: Filuś cienko szczeka,
A chrapliwie Finetka; co? Nie traćżeż czasu
I choćby jak najdalej, wracaj bez popasu.

Zdzisław.

Wszystko podług rozkazu najdokładniej zrobię.

Panna Marta.

Idźżeż, idź!

Zdzisław (biorąc na stronę Alfreda).

Ty, Alfredzie, myśl dobrze o sobie;
Jak się trafi sposobność, nie masz czego czekać,
Zwiń się zręcznie i drapnij... ale masz uciekać,
Uciekajże potężnie, bo to nie są żarty:
Każda, chociażby jeszcze i starsza od Marty,
Pędzi jak strzała z łuku za mężem w pogoni,
A gdy cię raz dopadnie, nic cię nie obroni.

(odchodzi).





SCENA VI.
Alfred, Panna Marta.
Panna Marta.

Przecieśmy się pozbyli natrętnego świadka.
Siądźżeż moja rybeńko, rybenieczko rzadka.
Klejnocie mojej duszy, da usiądźżeż, proszę;
Będziem słodką rozmową płodzili rozkosze.
Co? Ach, miło powtarzać, choćby i sto razy:
Kochasz mnie? Da cię kocham! O, lube wyrazy!...
Lecz czemuż się odemnie odwracasz, okrutny?
Zasmucasz moje serce, kiedyś taki smutny.

(z westchnieniem)

Charakteru więc twego opis zbyt prawdziwy!