Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/223

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I gdy nie dla swobody, lecz zmiany się żenię,
Przyjmę dość obojętnie, co da przeznaczenie.

Zdzisław.

Zobaczę.., ale kiedy tak zważasz małżeństwo,
Kiedy gwałtem chcesz skończyć zaczęte szaleństwo,
Czemuż jakich warunków nie kładziesz w tym względzie?
Z pozoru pojąć żonę, dość szaleństwa będzie.

Alfred.

Gdybym jeden warunek z mej strony położył,
Ten jedenby sto innych w ten moment pomnożył;
I już kłótnie, procesa, lub dawne wahanie.
Nie... raz, dwa, trzy! mam żonę, niech się co chce stanie!

Zdzisław.

Pewnie ta czynność twoja zadziwienie sprawi,
I choć pochwał nie zyska, cały świat ubawi;
Głosić ją będą listy, opiewać gazety,
Ale gorzko ten zaszczyt opłacisz, niestety!...
Cóż tam znowu rysujesz?

Alfred (laską kreskę robiąc).

Granicę.

Zdzisław.

Granicę?

Alfred.

Bo nuż ku nam się zbliżą dwie razem dziewice
Lub trzy, którąż wziąść? Więc patrz... kreska wyciągniona:
Tamtędy pójdzie kto chce, tędy moja żona.

Zdzisław.

Alfredzie, wszystkom robił, co było w mej mocy,
Śmiałeś się z mojej rady, nie chciałeś pomocy,
Zatém już teraz, jako świadek ci dodany,