Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom II.djvu/089

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
SCENA XI.
Alfred, Justysia.
Alfred.

Pięknie, Panno Justyno, najpiękniej, wybornie!
Czemuż oczki spuszczone? czemu tak pokornie?
Już mnie nie zwiodą te minki udane:
Znane jej serce, nadto dobrze znane;
Nic nie chcę słuchać, nic zmiękczyć nie zdoła.

(po krótkiém milczeniu)

Cóż, nic nie mówisz? nie śmiesz podnieść czoła?
Zwiodłaś mnie dla drugiego, zastąpi go trzeci,
Fe, wstydź się Mościa Panno; nic bardziej nie szpeci
Jak płochość, chytrość, zmienność i nieczułość razem,
A wszystkich tych przymiotów Waćpanna obrazem.

(Justysia, która dotąd stała ze spuszczonemi oczyma i pokornie słuchała, parska śmiechem spojrzawszy mu w oczy. Alfred zdziwiony i trochę zmieszany)

Cóżto jest?

Justysia (śmiejąc się).

Ach, ach, jakże mnie to bawi,
Kiedy się Pan gniewa;
Lecz za cóż mi Pan to kazanie prawi?
Za cóż tak przezywa?

Alfred.

Czemuż mnie i Wacława uwodzisz, fałszywa?
W jednej, w tej samej dobie, ledwie nie w godzinie
Nie mówiszże obydwom, że kochasz jedynie?

Justysia.

Ni Pana, ni też jego nie zwodzę w tej mierze,
Mówię mu że go kocham, bo też kocham szczérze.