Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Od jakiegożto czasu tak strasznym zostałem?
Kiedyż Pannie Zofii powód strachu dałem?
Możem się nie dość umiał jej piękności dziwić,
Możem się jej układom ośmielił sprzeciwić?


Zofia.

Ach nie...


Pan Jan.

Skromność, lękliwość, piękne w płci niewieściej,
Lecz czasem w tym układzie i chytrość się mieści.
O znano już nie jedne z tak miłym pozorem,
Co była trusią z rana a lwicą wieczorem,
Jednak raz jeszcze pytam, bo chcąc odpowiedzieć,
O co rzecz idzie, muszę, muszę przecie wiedzieć?


Zofia.

Chciałabym pójść... pójść...


Pan Jan.

Dokąd? co? gdzie? mów potroszę.


Zofia.

Pójść za mąż.


Pan Jan.

Czy tak pilno?


Zofia.

O, i bardzo!


Pan Jan.

Proszę!
Pójść za mąż bardzo łatwo!


Zofia.

Ach, stryjaszku drogi,
Niema nic łatwiejszego, bez najmniejszej trwogi...


Pan Jan.

Księdza kazać zawołać, da błogosławieństwo,
Goście się zjadą, spiją, i będzie małżeństwo.

(Zofia biegnie z radoscią ku drzwiom).

Gdzież?