Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/264

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Już ja was do porządku doprowadzić muszę,
Ale aż z was każdemu dobrze karku wzruszę.


Pan Piotr (mówiąc powoli).

A że też, Panie Janie, zrzędzisz jak najęty!
Jeszczem u ciebie gęby nie widział zamkniętej.


Pan Jan.

A Pan brat niemy? nigdy, nigdy już nie gada
Ani słówka?


Pan Piotr.

I owszem, gdy mówić wypada.


Pan Jan.

Gdy się kłócić wypada, dokuczyć, sprzeciwić;
Bo cóż to może szkodzić, co to może dziwić,
Że za niepilną służbę służącego łaję?
By siedzieli kamieniem na to są lokaje.
Musiałem wprzód ochrypnąć, nim usłyszeć raczył,
Chciałem go właśnie posłać, byś chwilę naznaczył,
W którejbyśmy raz mogli rozmówić się z sobą:
Niechaj napróżno doba nie mija za dobą,
Niech nasza synowica już dłużej nie czeka,
A zwłaszcza, niech się skończy ta nudna opieka.


Pan Piotr.

Przyszedłem, jestem, słucham; o cóż ci więc chodzi?
Czegoż sobie krew psujesz, jeszcze ci zaszkodzi.


Pan Jan.

O! i u pana Piotra żółci jest nie mało.
Mówię biało, on czarno; ja czarno, on biało,
I tak prawie od wschodu do zachodu słońca
Nigdy kłótnie nie mają między nami końca.
Już dalej żyć nie mogę w nieustannej wojnie,
Chcę być panem nie sługą i rządzić spokojnie.
Ach, nimem tu przyjechał, bodajem kark skręcił!