Strona:PL Aleksander Fredro - Dzieła tom I.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Astolf (odstępując).

Wszakże to nasza ostatnia rozmowa.

(Zofia zostaje gdzie stała i obraca się powoli ku Astolfowi:
(po krótkiém milczeniu);

Chcę Zofią pożegnać.

(Milczenie. Zofia idzie pomału i staje przy krześle.)

Dzisiaj zaraz jadę.

(Milczenie. Zofia siada powoli, opiera się na stole, trochę odwrócona od Astolfa.)

Zdziaław został szczęśliwszym... przeszkód mu nie kładę.


Zofia (z nieukontentowaniem)

Zdzisław?


Astolf.

Ach gdyby uczuć bez granic, bez miary,
Którym nie podlegając nie można dać wiary,
Uczuć, które nasz umysł w ostateczność wiodą,
Ręka twoja, Zofio, miała być nagrodą,
Któżby do niej nademnie mógł mieć więcej prawa?
Ale inne przyczyny wynoszą Zdzisława.


Zofia.

Przyczyny? i jakieżto?


Astolf.

Jego sposób życia.
On żyjąc śród cichego przed światem ukrycia,
W jednostajnym pokoju, wszystkiém cię otoczy,
Czego twe myśli pragną a szukają oczy.
Zmieniając twe mieszkanie, nie zmienisz zwyczaju,
Tak jak i tu, słowika słuchać będziesz w gaju,
Jak tu, czysty wód kryształ odbije twe wdzięki,
Jak tu, kwiat czekać będzie dotknięcia twej ręki.
Drogie wiejskie rozkosze!

(po krótkiém milczeniu)

Ja, nie jestem w stanie
Twoje, piękna Zofio, uiścić żądanie.

(zważając jakie wrażenie robią jego słowa)