Strona:PL Aleksander Dumas - Wicehrabia de Bragelonne T3.djvu/104

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.
    —   104   —

    — Pani jakoś nie jesteś pewna siebie. Jeżeli łaska, raz jeszcze powtórz.
    — Na środkową.
    — Wszak są cztery ulice.
    — Prawda; wiem, że z czterech ulic jedna prowadzi do księżny i tę znam dobrze.
    — Ale pan de Guiche nie jest przecież u księżny?....
    — A tak.
    — Zatem droga, prowadząca do księżny zupełnie jest mi niepotrzebna, a ja chciałbym się dostać na tę, która prowadzi do pana de Guiche.
    — Tak, wiem o tem i znam ją; ale oznaczyć ją nie tak łatwo.
    — Ale przypuśćmy, że znalazłem tę szczęśliwą ulicę.
    — Zatem trafisz pan.
    — Dobrze.
    — Tak, tylko przebędziesz pan labirynt.
    — Tylko, do djabła!... zatem jest i labirynt?
    — Nawet łatwy do zabłądzenia, bo i w dzień błądzą po nim, bez końca tam ulic, uliczek i ścieżek, ale uważaj pan: najprzód trzy razy wrócisz się na prawo, potem dwa razy na lewo, potem raz... raz, albo dwa razy, rozumiesz pan, nakoniec, wychodząc z labiryntu, znajdziesz pan ulicę jaworową, a ulica jaworowa zaprowadzi prosto do pawilonu, który zamieszkuje pan de Guiche.
    — Dziękuję pani — rzekł Manicamp — wyborne objaśnienie i zaręczam, że, idąc za niem, trafię do celu. Teraz o jednę łaskę mam panią prosić.
    — O jaką?..
    — Abyś podała mi rękę i raczyła poprowadzić jak druga... jak druga... Na honor, uczyłem się mitologji, ale w tem zamieszaniu zapomniałem o wszystkiem, pójdź pani, błagam cię.
    — A mnie — wołał Malicorne — mnie opuszczacie?...
    — Panie, to niepodobna — odpowiedziała Montalais Manicampowi — gdyby mnie zobaczono o podobnej godzinie, sam pomyśl, coby powiedziano.