Strona:PL Aleksander Dumas - Hrabia Monte Christo 01.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CZĘŚĆ CZWARTA.
ANIOŁ MIŁOSIERDZIA.
ROZDZIAŁ I.
ZDUMIENIE.

Gdy Dantes zbliżał się do „swej“ skały, słońce dobiegało do szczytu swej dziennej drogi, zalewając wszystko swemi oślepiającemi blaski. Tysiące koników polnych dzwoniło w powietrzu, do wtóru im liście mirtowe i oliwne grały swem drżeniem, co tworzyło przedziwną symfonię dnia letniego. Na rozpalonych granitach igrały jaszczurki, które wyglądały jak ruchliwe szmaragdy, rozrzucone po skałach.
Dzikie kozy igrały na pochyłościach... cała wyspa tchnęła życiem, aczkolwiek nie było na niej ludzi.
I właśnie, być może dlatego, Edmund czuł się sam, zupełnie sam. Lecz miał wiarę, wierzył, że oko Stwórcy czuwa nad nim.
Wyczuwał jednak w sobie jakieś uczucie bolesne, które jakby bojaźnią, czy lękiem było. Nie był to jednak żaden strach przyziemny lecz raczej niewiara, by oczekiwane szczęście istotnie spotkać go mogło w tej pustce.
Uczucie to było do tego stopnia silne, że aż tamowało mu oddech w piersiach i musiał zaprzestać pracy, gdy wziął motykę do ręki. Porzucił ją więc i wziął ponownie strzelbę i zręcznie, jak koza wdrapywać się zaczął na szczyty najbardziej niedostępne.