Strona:PL Aleksander Dumas - Hrabia Monte Christo 01.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

śnie być bardzo zachwiana i rzucił okiem w poszukiwaniu fiakra.
Gdy ten zajechał, Villefort wsiadł i oddał się marzeniom o oczekującej go świetnej przyszłości. W dziesięć minut potem był już w hotelu. Zamówił natychmiast konie, z tem, by za dwie godziny były gotowe i kazał podać śniadanie. Miał właśnie siadać do stołu, gdy dźwięk dzwonka zabrzmiał nagle przy drzwiach, a gdy lokaj otworzył drzwi, usłyszał nazwisko swoje przez przybyłego wymówione.
— Kto u licha może wiedzieć, że ja tu przebywam?
Lokaj przyszedł tymczasem i zawiadomił, że jakiś nieznajomy pragnie się z nim widzieć, lecz nie wyjawia swego nazwiska.
— Jak wygląda?
— Zdaje się mieć lat około pięćdziesięciu, silny brunet o czarnych oczach, ubrany w surdut granatowy, z krzyżem legji honorowej.
— To on — szepnął de Villefort, blednąc.
— Cóż u djabła! — rzekł mężczyzna, którego rysopis daliśmy powyżej, ukazując się we drzwiach — czy to zwyczaj marsylski by synowie ojców własnych przetrzymywali w przedpokojach?
— Ojciec — krzyknął Villefort — więc nie omyliły mnie przeczucia?...
— Jeżeliś przeczuwał, że ja właśnie cię odwiedzę — rzekł gość, kładąc kapelusz na krześle, a laskę stawiając w kącie — to pozwól sobie powiedzieć, kochany Gerardzie, że ci nie powinno być nazbyt miłem, że tak długo pod drzwiami musiałem czekać.
— Odejdź, Germaine — rzekł Villefort.
Służący wyszedł — widocznie zdziwiony.