Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/248

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic? — zapytałem z gorzkim uśmiechem.
— Zrobiłam to tylko, co okoliczności kazały mi zrobić.
Nie wiem, czy doświadczyłeś kiedy w swojem życiu tego, co ja czułem na widok Małgorzaty.
Ostatnim razem, kiedy była u mnie, siedziała na tem samem miejscu, co i teraz, tylko, że teraz jest kochanką innego, obce, a nie moje pocałunki, dotykały ust, do których coś mimowolnie mnie ciągnęło, bo czułem wreszcie, że kocham tę kobietę więcej, niż kiedykolwiekbądź kochałem.
Nie mogłem jednakże zwrócić rozmowy na inny przedmiot. Małgorzata zrozumiała to zapewne, bo rzekła:
— Nudzę cię, Armandzie, ale przyszłam prosić cię o dwie rzeczy: przebaczenia za to, com wczoraj powiedziała pannie Olimpii i łaskę, jeśli chcesz mnie jeszcze dręczyć dłużej. Chętnie, czy nie, ale od czasu twego powrotu, zrobiłeś mi tyle złego, że dziś nie byłabym zdolną znieść nawet czwartej części tego, com dotąd znosiła. Zlitujesz się nademną, wszak prawda? Ty to wiesz, że przed człowiekiem serca leżą szlachetniejsze rzeczy do wykonania, niż zemsta nad chorą i smutną kobietą. Weź moją rękę. Mam gorączkę, opuściłam łóżko, by przyjść do ciebie i prosić cię, nie o przyjaźń, ale o obojętność.
W istocie, wziąłem rękę Małgorzaty. Była gorąca, biedna kobieta drżała od zimna pod swą aksamitną salopą.
Przysunąłem do ognia fotel, na którym siedziała.