Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


że była moją kochanką, trzeba więc, żebym do niej napisał, by szanowała nawet w mojej nieobecności kobietę, którą kocham.
Nie potrzebuję mówić, że się zgodziłem na to wszystko. Co mogłem wymyślić najgorszego, najbezwstydniejszego i okrutnego, wszystko to włożyłem w ten list, który zaraz posłałem podług adresu.
Tą razą cios był za silny, by nieszczęśliwa mogła go pozostawić bez odpowiedzi.
Wątpiłem jednakże, czy odpowiedź przyjdzie, postanowiłem przecież nie wychodzić cały dzień z domu.
Zameldowano panią Duvernoy.
Usiłowałem przybrać minę obojętną, pytając się czemu zawdzięczam jej wizytę, lecz pani Duvernoy nie była w usposobieniu wesołem i tonem prawdziwie wzruszonym powiedziała, że od chwii mego powrotu, to jest od trzech tygodni, skwapliwie chwytałem wszelką sposobność, w której mogłem jakąkolwiek przykrość sprawić Małgorzacie, że zachorowała aż z tego, bo wczorajsza scena i dzisiejszy list, rzuciły ją do łóżka.
Jednem słowem, nie robiąc mi wyrzutów, Małgorzata przysłała ją do mnie, prosząc o łaskę i mówiąc, że niema już ani moralnej, ani fizycznej siły do zniesienia tego, com robił.
— Że panna Gautier — rzekłem Prudencyi — porzuciła mnie, to dobrze, była w swojem prawie, ale że znieważa kobietę, którą kocham dlatego, że ta kobieta jest moją kochanką, to na to ja nie pozwolę...
— Mój przyjacielu — odpowiedziała Prudencya —