Strona:PL Aleksander Dumas-Dama kameliowa.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ta, zestawiona z mojemi codziennemi wizytami w czasie jej choroby, musiała w niej wyrodzić inny sąd o mnie, niż o tych wszystkich, których dotąd znała i postanowiła skosztować miłości, objawiającej się w tak niezwykły dla niej sposób.
Wszystkie te przypuszczenia, jak widzisz, były prawdopodobne, w każdym jednak razie, jakakolwiek była przyczyna jej zezwolenia, to pewna, że zezwoliła.
Przytem byłem zakochany w Małgorzacie, zostałem przyjęty i nie mogłem niczego więcej żądać od niej. A przecież powtarzam ci, iż chociaż była to tylko dziewczyna utrzymywana, tyle sobie robiłem z tej miłości, że im bardziej zbliżała się ta chwila, której nie potrzebowałem się nawet spodziewać, tym bardziej wątpiłem.
Nie zamknąłem oczów przez noc całą.
Nie poznawałem się wcale. Byłem prawie szalony! O ile czułem się nie być odpowiednio pięknym, bogatym i eleganckim, o tyle pyszniłem się z posiadania takiej kobiety, później począłem się obawiać, czy to nie jest kaprys chwilowy Małgorzaty i, przewidując w szybkiem zerwaniu moje nieszczęście, mówiłem sobie, że lepiej zrobię, nie chodząc do niej wieczorem i że odjadę, napisawszy w liście me obawy. To znów wpadałem w bezgraniczną nadzieję, w ufność bezbrzeżną. Marzyłem o cudnej przyszłości, mówiłem sobie, że ta dziewczyna winną mi będzie swe moralne i fizyczne wyleczenie, że całe życie z nią przepędzę, że jej miłość sprawi mi większe szczęście, niż miłość dziewicza...