Strona:PL Abgar-Sołtan - Klub nietoperzy.djvu/073

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


naleść najstosowniejszą chwilę na rozpoczęcie ponownej gawędy. Gdy zwrócił się na chwilę w jej stronę, dla wypicia reszty herbaty, zaczęła mówić znowu:
— Jeszcze mam jeden interes do wielmożnego pana, nawet ważniejszy i sekretniejszy, niż tamte... Ta Kiłyna bardzo sobie pozwala i pysk rozpuszcza tak, że aż strach, słuchać trudno...
Tu wyczerpała się do dna cierpliwość Władysława, jakby pobudzony prądem elektrycznym, zerwał się w jednej chwili na równe nogi i wrzasnął tak, że babina zadygotała i aż do ziemi przysiadła.
— A do miljon kroćset sto tysięcy djabłów! Czy ja już we własnym domu chwili spokoju nie mogę mieć? Jak mi wasani będziesz tak głowę zawracać, to razem ze wszystkiemi Kiłynami, Horpynami, Paraskami każę cię za kopce graniczne wywieźć... A to skaranie boskie z temi babami... No! nie stój mi pani tu! Ruszaj do spiżarni, bo doprawdy...
Nie skończył, bo Bielecka, zanosząc się spazmatycznie płaczem, wyszła z pokoju, a szlochanie jej dochodziło z dziedzińca aż tu do niego.
— Może wielmożny pan pozwoli drugą filiżankę — zapytał cichym głosem Mikołaj, wchodząc na palcach do pokoju.
— Nie! Daj mi pokój, ta baba do śmierci mnie zamęczy... Ale, ale. Mikołaju, jeżeliby dowiadywał się kto od pana hrabiego tu do mnie, to każecie powiedzieć mu, żem do Zienpola do pana Walerego pojechał.
— Słucham, wielmożny panie, ale może doprawdy drugą filiżaneczkę i może jeszcze szynki ukroić...