Przejdź do zawartości

Strona:PL A Dumas Córka rejenta.djvu/546

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

z chustki do nosa. Znalazłem kawałek krzemienia, przechadzając się po łące; zrobiłem sobie hubkę ze spalonéj bielizny. Potem skradłem gubernatorowi, będąc u niego raz na objedzie, dość sporo zapałek. Skrzesałem ogień nożykiem, którym zatrzymał, i który mi zarazem posłużył do zrobienia otworu, przez który obecnie rozmawiamy.
— Biję czołem przed panem! zawołał Gaston, jako przed człowiekiem pełnym wylazków.
— Dziękuję panu za komplement, ale zechciéj teraz zobaczyć, jaką ci książkę przesłano i co napisano na słojku.
— Ta książka, to jest Wirgiliusz.
— Tak. otóż właśnie, obiecała mi go! zawołał głos z takiém odbrzmieniem radości i szczęścia, że Gaston nie pojmował, ażeby Wirgiliusza z tak wielką oczekiwano niecierpliwością.
— A teraz zobacz pan słojek z konfiturami, bardzo proszę, mówił daléj sąsiad.

— Bardzo chętnie. Słucham pana.[1]

„Panie kawalerze!

„Dowiedziałam się, że zajmujesz pan pokój na pierwszem piętrze, którego okno jest pod mojem oknem: pomiędzy więźniami wszyscy są obowiązani do wzajemnej pomocy i usług; zjedz konfitury, a Wergiliusza prześlij kawalerowi Dumesnil, który ma okno tylko od podwórza.”
— Spodziewałem się tej przesyłki — powiedział głos. — Zostałem uprzedzony o niej podczas obiadu.
— Więc to pan, jesteś kawaler Dumesnil?— zapytał Gaston.
— Do usług pańskich! Racz pan odczepić dzwonek i na jego miejsce umocować na sznurku Wergiliusza.
— Ale bez dzwonka nie zdołasz pan czytać — zauważył Gaston.
— O! nie troszcz się pan o to — odrzekł więzień. — Zrobię sobie inną lampkę.
Gaston, ufający sprytowi sąsiada, nie opierał się dłużej: odjął dzwonek, zasadził go w szyjkę pustej butelki i umocował do sznurka Wergiliusza, wraz z listem, który wypadł był z książki. Sznurek powędrował wesoło do góry wraz z ciężarem.
W więzieniu, każdy martwy przedmiot nabiera wyrazu i życia.
— Dziękuję panu — przemówił głos — a teraz jeżeli pan sobie życzysz odpowiedzieć sąsiadowi z dołu...
— Zwalniasz mnie pan?
— Tak, ale niedługo odwołam się znowu do pana uprzejmości.
— Jestem na pańskie rozkazy. Tak więc jedno uderzenie na A?
— Tak, a na Z dwadzieścia i cztery.
Gaston uderzył rękojeścią miotły w podłogę na znak, że jest gotów do rozmowy, na co sąsiad odpowiedział natychmiast. Po upływie półgodziny więźniowie zdołali przeprowadzić następującą rozmowę.
— Jak się nazywasz?
— Gaston de Chanlay.
— A ja, margrabia de Pompadour.
W tem Gaston spojrzawszy w okno, zobaczył, że sznurek kołysze się gwałtownie.
Zapukał mocno trzy razy, prosząc o cierpliwość i zwrócił się do komina.
— Panie! — przemówił — mam zaszczyt donieść, że sznurek niecierpliwi się widocznie.
— Proś go pan o trochę cierpliwości: za chwilę będę gotów.
Gaston zapukał w sufit i powrócił do komina. Po chwili Wergiliusz zjechał na sznurku.
— Panie — zawołał Dumesnil — zechciej uwiązać Wergiliusza na końcu sznurka: ona na to czeka.
Gaston ciekawy był, czy kawaler odpisał pannie de Launay. Otworzył Wirgiliusza: nie było w książce żadnego listu, tylko niektóre wyrazy po podkreślane ołówkiem. Gaston przeczytał: meos amores i carceris oblivia longa. Zrozumiał, że w ten sposób wybierając i podkreślając wyrazy można było ułożyć pewną całość. Kawaler Dumesnil i panna de Launay wybrali jako odpowiednią do okoliczności, czwartą księgę Eneidy, opisującą miłość Didony i Eneasza.
— Zdaje się — pomyślał Gaston, otwierając okno i umocowując Wergiliusza — że odgrywam tu rolę skrzynki pocztowej.
Westchnął myśląc, że nie ma sposobu przesłania listu Helenie, która nic nie wie zupełnie, co się z nim dzieje. Natchnęło go to jeszcze większem współczuciem dla panny de Launay i kawalera Dumesnila. Powróciwszy do komina, powiedział:
— Możesz pan być spokojnym: odpowiedź pańska już doszła.
— Tysiączne dzięki! — zawołał Dumesnil. — Jeszcze jedno słowo, a potém pozwolę ci już spać spokojnie. Czyś pan rozmawiał z sąsiadem z dołu?
— Rozmawiałem.
— Kto on jest?
— Margrabia de Pompadour.
— Domyślałem się tego. Cóż ci powiedział?
— Zapytał, jak się nazywam; ale nie miał czasu na nic więcej. Ten sposób rozmawiania jest dowcipny, ale nie bardzo prędki.
— Trzeba przebić otwór: wtedy będziecie rozmawiali swobodnie, tak jak my.
— Ale czem przebić?
— Pożyczę panu mojego noża.
— Dzięki!
— Będzie to w każdym razie roztargnienie.
— Zatem, proszę.
Nóż, rzucony w otwór komina, padł u stóp Gastona.
— A teraz, może panu oddać dzwonek?
— Tak, bo jutro rano strażnicy zobaczyliby, że go niema, a do rozmowy z margrabią nie potrzeba światła.
— Zapewne, że nie.
Dzwonek powędrował i powrotem na górę.
— A teraz — przemówił głos — ponieważ potrzeba ci coś do popicia po konfiturach, przyślę ci butelkę szampana.
— Dziękuję odrzekł Gaston — nie pozbawiaj się pan tego przysmaku, o który ja niebardzo stoję.
— W takim razie, prześlij ją, po wywierceniu otworu, margrabiemu, który jest zupełnie innego zdania.
— Dziękuję ci, kawalerze.
— Dobranoc!
Sznurek pojechał w górę. Gaston spojrzał w okno: sznurek znikł.
— Ah! — westchnął. — Bastylia byłaby dla mnie rajem, gdybym tu miał w pobliżu Helenę!
Potem zabrał się do rozmowy z margrabią de Pompadour, która trwała do trzeciej rano i podczas której uwiadomił go, że przebije otwór w podłodze, ażeby mógł porozumiewiać się bezpośrednio.

KONIEC TOMU DRUGIEGO.


  1. Przypis własny Wikiźródeł Brakujący fragment str. 267-276 przepisano z wydania „Córka Regenta“ Aleksander Dumas (ojciec), Tygodnik Romansów i Powieści. 1896, T. 55, nr 1426, str. 522-524