Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/320

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To nic, ja chcę żeby wstał, ja chcę, ja chcę...“
Budzą Desglands’a, zarzuca jakiś płaszcz na ramiona, zjawia się.
„I cóż, mały, jestem, o co chodzi?
— Chcę, żeby tu przyszli.
— Kto?
— Wszyscy, którzy są w zamku.“
Sprowadza się wszystkich; panów, służbę, gości, Joannę, Dyzię, mnie z mojem chorem kolanem, wszystkich, z wyjątkiem starej sparaliżowanej odźwiernej, której pozwolono mieszkać kątem w chałupie o ćwierć mili od zamku. Malec żąda, aby po nią posłać.
„Ale, dziecko, już po północy.
— Ja chcę, ja chcę.
— Wiesz, że mieszka daleko.
— Ja chcę, ja chcę.
— Że jest stara i nie może chodzić.
— Ja chcę, ja chcę.“
Trzebaż było sprowadzić biedną staruchę! przynieść raczej, prędzej bowiem wyzionęłaby ducha, niż przebyła na nogach ten kawałek drogi. Skoro wszyscy się zgromadzili, malec oświadcza, iż chce wstać i żąda by go ubrano. Wstaje tedy i ubiera się. Żąda, abyśmy wszyscy przeszli do wielkiej sali, i aby go tam posadzono w fotelu ojca. I to się stało. Abyśmy wszyscy wzięli się za ręce. Abyśmy tańczyli w kółko; zaczynamy wszyscy tańczyć w kółko. Ale to co teraz następuje, jest wprost nie do wiary...
PAN. — Mam nadzieję, że mi darujesz resztę?
KUBUŚ. — Nie, nie, panie, usłyszy pan wszystko...