Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/168

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


potrzebowały; jeśli zawiedzie bez winy z waszej strony, jestem dość bogata aby wam zapewnić los uczciwy i lepszy niż rzemiosło któreście dla mnie poświęciły. Ale, przedewszystkiem, poddanie bezwarunkowe, nieograniczone, mojej woli: inaczej nie odpowiadam za nic na teraz, i nie zobowiązuję się do niczego na przyszłość.
PAN, pukając w tabakierkę i zaglądając na godzinę. — Piekielna główka kobieca, doprawdy! Niech mnie Bóg broni, abym miał spotkać podobną.
GOSPODYNI. — Cierpliwości, cierpliwości, nie znasz jej pan jeszcze.
KUBUŚ. — Czekając aż to nastąpi, moja piękna, urocza gosposiu, gdybyśmy tak szepnęli słówko tej butelce?
GOSPODYNI. — Panie Jakóbie, szampańskie upiększia mnie w pana oczach.
PAN. — Od tak dawna pragnę pani zadać pewne pytanie, być może niedyskretne, że nie mogę się dłużej powstrzymać.
GOSPODYNI. — Niech pan pyta.
PAN. — Jestem pewny, że pani nie urodziła się w oberży.
GOSPODYNI. — To prawda.
PAN. — Że dostała się pani do niej z wyższego stanu, przez nadzwyczajne okoliczności.
GOSPODYNI. — Przyznaję.
PAN. — I, gdybyśmy zawiesili na chwilę historję pani de La Pommeraye...
GOSPODYNI. — To być nie może. Chętnie opowiadam przygody cudze, ale nie własne. Wiedz pan