Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w smutną konieczność przygarniania co wieczora nowego kochanka.
GOSPODYNI. — Nie śmiej się pan; to rzecz najokrutniejsza jaka być może. Gdybyś pan wiedział, co to za męczarnia, kiedy się nie kocha!...
KUBUŚ. — Więc zdrowie panny d’Aisnon, z przyczyny jej męczarni.
GOSPODYNI. — Zdrowie.
KUBUŚ. — Pani gosposiu, czy pani kocha swego małżonka?
GOSPODYNI. — Umiarkowanie.
KUBUŚ. — Jesteś tedy wielce godną współczucia, wydaje mi się bowiem, iż cieszy się nader kwitnącem zdrowiem.
GOSPODYNI. — Nie wszystko złoto, co się świeci.
KUBUŚ. — Zatem zdrowie zdrowia naszego gospodarza.
GOSPODYNI. — Pij pan sam.
PAN. — Kubusiu, Kubusiu, serce, ty się coś strasznie spieszysz.
GOSPODYNI. — Niech się pan nic nie boi; wino szczere jak bursztyn; do jutra nie będzie śladu.
KUBUŚ. — Skoro do jutra nie będzie śladu, na dziś zaś wieczór nie troszczę się zbytnio o stan mego rozsądku, tedy, mój łaskawy panie, moja piękna gosposiu, jeszcze jedno zdrowie, zdrowie które bardzo mi leży na sercu, a mianowicie zdrowie księżyka panny d’Aisnon.
GOSPODYNI. — A pfe, panie Jakóbie! obłudnik, pyszałek, nieuk, potwarca, człowiek bez tolerancji; tak bowiem nazywają, o ile mi się zdaje, tych, co to zamordowaliby chętnie każdego kto nie myśli jak oni.